Wyprawa przez Chile, Boliwię i Peru
Trzy kraje, trzy różne światy. Zaczęliśmy w Santiago – mieście położonym między oceanem a Andami, które stało się naszym pierwszym przystankiem w Ameryce Południowej. Stąd ruszyliśmy na północ, ku Atacamie – miejscu, gdzie ziemia jest sucha jak popiół, a niebo najczystsze na świecie.
Potem Altiplano i Boliwia: surowa, piękna, pełna kontrastów. Bez końca białe płaszczyzny Salar de Uyuni, kolorowe laguny z flamingami, a dalej – zgiełk La Paz i spokojne tafle jeziora Titicaca.
Na koniec Peru – Cusco, Machu Picchu i powrót do oceanu w Limie. Każdy dzień inny, a całość jak podróż przez kilka światów połączonych górami, słońcem i drogą, która nigdy nie była prosta, ale zawsze ciekawa.
Przemęczony w 30 stopniowym upale w Santiago
Santiago de Chile – pierwszy oddech Ameryki Południowej
Pierwszy dzień po przylocie to trochę szok – powietrze inne, światło inne, rytm miasta zupełnie inny niż w Europie. Santiago od razu wciąga. Drapacze chmur z widokiem na ośnieżone szczyty Andów, a między nimi stare kolonialne dzielnice i place, na których życie toczy się leniwie jakby w zwolnionym tempie.
Wystarczy kilka godzin spaceru, żeby poczuć, że to miejsce stoi na styku światów – nowoczesności i historii, surowych gór i oceanu, który jest tuż za horyzontem.
W drodze na północ – pustynia Atacama
Następnego dnia samolot zabiera nas na północ, do Calamy, a stamtąd już tylko droga przez bezkres pustyni. Atacama zaskakuje od pierwszej chwili – kolorami, ciszą i przestrzenią, która wydaje się nie mieć końca. Wokół suche góry, skruszone skały i słone jeziora z flamingami.
W San Pedro de Atacama życie płynie powoli – wąskie uliczki z glinianych domów, zapach kurzu i wieczorne światło, które wszystko maluje na złoto. Tu zaczyna się prawdziwa część tej podróży – tam, gdzie kończy się codzienność, a zaczyna droga przez najbardziej niezwykłe krajobrazy świata.
Gejzery El Tatio – zimny poranek w śród wrzącej ziemi
Wyruszamy w ciemności. Jest trzecia w nocy, a temperatura spada poniżej zera. Samochód wspina się coraz wyżej po krętej drodze, aż nagle w oddali zaczynają się pojawiać smugi pary – najpierw cienkie, potem coraz gęstsze. O świcie stoimy już pośród dziesiątek gejzerów, z których tryska wrząca woda. Cała dolina huczy i syczy, a para unosi się jak dym z ziemi.
To surrealistyczny widok: złote światło poranka, zapach siarki i para, która oblepia wszystko dookoła. Ludzie milczą, bo nie bardzo da się coś tu dodać. To jedno z tych miejsc, gdzie natura robi pokaz siły i nie potrzebuje publiczności.
Altiplano – płaskowyż między ziemią a niebem
Po gejzerach ruszamy dalej na północ. Droga prowadzi wysoko – ponad cztery tysiące metrów n.p.m. – i z każdym kilometrem krajobraz staje się coraz bardziej surowy. Ziemia zmienia kolor od pomarańczu po czerwień, wulkaniczne góry stoją nieruchomo w ciszy, a po drodze pojawiają się jeziora, które wyglądają jak rozlane farby.
To właśnie Altiplano – kraina, gdzie horyzont wydaje się sięgać dalej niż gdziekolwiek indziej. Spotykamy wikunie, flamingi, a czasem maleńkie kamienne chaty, w których wciąż ktoś żyje mimo tej pustki. Oddychasz głębiej, ale czujesz, że powietrza jest mniej – i że każdy ruch wymaga wysiłku. A jednocześnie nie chcesz, żeby ta droga się kończyła.
W stronę Boliwii
Docieramy do granicy. Chilijska strona to jeszcze porządek i asfalt; po drugiej stronie – piach, kamienie i wolność. Strażnica z blachy, flaga na wietrze, parę jeepów gotowych do drogi. Dalej już tylko bezkres.
Pierwsze kilometry po Boliwii to jak wejście w inny świat: surowszy, bardziej dziki, ale też bardziej prawdziwy. I to właśnie ten moment – przejazd przez Altiplano w stronę kolorowych lagun – jest jak brama do serca tej podróży.
Laguny Altiplano – kolory, w które trudno uwierzyć
Z każdym kilometrem po boliwijskiej stronie krajobraz staje się coraz bardziej nierealny. Wysoko w górach pojawiają się jeziora – każde w innym kolorze. Jedno zielone jak szmaragd, drugie białe od soli, a kolejne czerwone jak wino. To laguny Altiplano – Laguna Verde, Blanca i Colorado – położone na wysokości prawie pięciu tysięcy metrów.
Wokół nich stada flamingów, które wyglądają jak rozsypane różowe punkty na tle gór. W ciszy słychać tylko wiatr. To miejsce, gdzie czas zwalnia, a Ty po prostu patrzysz i nie wiesz, czy to jeszcze Ziemia, czy już inna planeta.
Późnym popołudniem docieramy do Uyuni, małego miasta na skraju największej solnej pustyni świata. Tu kończy się droga, a zaczyna coś, czego nie da się opisać słowami.
Salar de Uyuni – ocean soli
Poranek. Słońce dopiero wstaje, a cały świat błyszczy. Salar de Uyuni to bezkresna biała przestrzeń, tak płaska, że trudno uwierzyć, że to nie morze. Gdzie nie spojrzysz – nic. Tylko sól i niebo. Gdy spadnie deszcz, powierzchnia zamienia się w lustro – i nie wiadomo już, co jest górą, a co odbiciem.
To miejsce hipnotyzuje. Nie ma dźwięków, nie ma ruchu – tylko Ty, przestrzeń i uczucie, że jesteś gdzieś poza czasem.
Na środku pustyni stoi hotel zbudowany z bloków soli, a obok cmentarzysko starych lokomotyw – rdzewiejące potwory z czasów, gdy tędy biegła linia kolejowa nad Pacyfik. Teraz to bardziej muzeum ciszy niż pamiątka historii.
Wieczorem wracamy do Uyuni. Zmęczeni, przemarznięci, ale z głową pełną obrazów, które zostaną już na zawsze.
La Paz – miasto zawieszone między niebem a ziemią
Z Uyuni lecimy krótkim, porannym lotem na północ. Samolot wznosi się nad białą pustynią, a po kilkudziesięciu minutach widać już góry, które otaczają największą metropolię Boliwii. La Paz.
To miasto naprawdę potrafi zaskoczyć – rozciągnięte w dolinie i po zboczach gór, z domami przyklejonymi do skał, ulicami o nachyleniu jak tor saneczkowy i kolejkami linowymi zamiast metra. Z okna widać wszystko – kolor, chaos, życie.
Spacerujemy po centrum – stary kościół św. Franciszka, gwarne place, ludzie z tobołkami na plecach. A chwilę później trafiamy na targ czarownic, gdzie obok figurek lam i amuletów można kupić liście koki i pachnące zioła „na szczęście”. W powietrzu miesza się zapach kadzideł, smażonych empanadas i spalin.
Wieczorem wjeżdżamy kolejką linową na punkt widokowy nad miastem. W dole morze świateł, a w tle majestatyczny Illimani – ośnieżony szczyt górujący nad La Paz. Z góry wszystko wygląda spokojnie, choć na dole życie toczy się w nieustannym ruchu.
Jezioro Titicaca – między niebem, wodą a legendą
Rano wyruszamy w stronę granicy z Peru. W pewnym momencie asfalt kończy się i zaczyna droga wijąca się wzdłuż błękitnych wód Jeziora Titicaca. To najwyżej położone żeglowne jezioro świata – wygląda bardziej jak morze, niż jak jezioro.
Po południu docieramy do Puno. Z przystani ruszamy w rejs na pływające wyspy Uros – zbudowane z sitowia totora, które unosi się na wodzie jak tratwy. Mieszkańcy witają nas z uśmiechem, pokazują swoje domy, łodzie i sposób, w jaki od pokoleń utrzymują wyspy przy życiu.
Wiatr pachnie trzciną i zimną wodą, słońce pali, a w powietrzu czuć spokój. To miejsce, gdzie czas płynie inaczej – wolniej, tak jakby świat naprawdę miał tu własny rytm.
Cuzco – serce dawnego imperium
Z nad Jeziora Titicaca ruszamy w stronę Cuzco. Droga wiedzie przez góry i doliny, a co chwilę zmienia się krajobraz – od chłodnych płaskowyżów po zieleń świętej doliny Inków.
Cuzco wita nas słońcem i spokojem. Dawna stolica imperium Inków to miasto, w którym historia naprawdę żyje – w kamieniach, murach i uliczkach, które wiją się między kolonialnymi balkonami.
Spacer zaczynamy na Plaza de Armas, pełnym muzyki i zapachu kawy. Potem wchodzimy na wzgórze Sacsayhuamán, skąd rozciąga się panorama miasta. Gigantyczne bloki kamienne, idealnie dopasowane bez grama zaprawy, robią takie samo wrażenie dziś, jak pięćset lat temu.
Wieczorem siedzimy w małej knajpce z widokiem na dachy Cuzco. W tle gra panfluta, ktoś śpiewa po keczua. To miejsce ma duszę – spokojną, ale silną.
Machu Picchu – miasto w chmurach
Wczesnym rankiem ruszamy koleją przez Dolinę Urubamby do Aguas Calientes. Tor prowadzi wzdłuż rzeki, między ścianami gór porośniętymi dżunglą. Po kilku godzinach wjazd na górę – serpentyny i mgła, która powoli ustępuje, aż nagle ukazuje się Machu Picchu.
Widok trudno porównać z czymkolwiek. Kamienne tarasy, świątynie i ścieżki zawieszone nad przepaścią. W ciszy słychać tylko wiatr i szum wody daleko w dole.
To nie jest „kolejna atrakcja”. To miejsce, które wymyka się opisom – jedno z tych, które zostają w pamięci na długo.
Lima – ostatni przystanek
Z Cuzco lecimy do Limy. Po dniach w górach i chłodzie Andów nagle znów czujemy zapach oceanu. Miasto tętni życiem – głośne, pełne kolorów i ludzi.
Spacer po dzielnicy Miraflores kończy podróż – zachód słońca nad Pacyfikiem, surferskie fale, a w tle światła miasta.
To dobre miejsce, by wszystko sobie poukładać: od pustyni Atacamy po jeziora Boliwii, od Altiplano po Machu Picchu. Każdy dzień był inny, ale wszystkie łączyła jedna rzecz – to uczucie, że świat naprawdę warto poznawać krok po kroku.
Ta podróż zostanie na zawsze w mojej głowie. Nie przez konkretne miejsca, ale przez te chwile, kiedy świat zwalniał i można było po prostu patrzeć – na pustynię, góry, wodę, ludzi.
Ameryka Południowa to nie tylko widoki, które zapierają dech. To przestrzeń, w której człowiek nagle zaczyna oddychać głębiej.
Wróciliśmy zmęczeni, trochę przesiąknięci kurzem i słońcem, ale z uczuciem, że zobaczyliśmy coś prawdziwego. Coś, co zostanie już na zawsze – w pamięci, w zdjęciach i w nas samych.
































































































































































